KSIĄŻKI DLA DZIECI WYBIERAJ MĄDRZE!

Wybór odpowiedniej książki dla dziecka nie jest prostą sprawą. To nie kwestia wybierania między smokiem czy jednorożcem jako bohaterem. Rodzice stają przed większym wyzwaniem: muszą wybierać książki, które nie szkodą!

Zanim zacząłem czytać książki wierzyłem, że wszystko co trafia do księgarń przechodzi przez jakąś kontrolę jakości, a osoby za to odpowiedzialne widziałem jako mędrców, którzy dbają o to, bym w księgarni nie natrafił na bubla. Później dorosłem, zacząłem więcej czytać, zaliczyłem kilka gniotów nie tylko kiepskich fabularnie, ale też językowo czy stylistycznie. Zetknięcie się z książką, która sama w sobie jest kpiną z klienta, który ją kupi, nauczyło mnie ostrożności. Bo szkoda wyrzucać pieniądze w błoto i tracić czas na coś, co nie jest tego warte.

Myślałby kto, że w przypadku książek dziecięcych jest lepiej, a treści w nich zawarte są bardziej wnikliwie weryfikowane. Z jednej strony sporo mówi się o bezpieczeństwie dzieci czy właściwym doborze treści dla nich, z drugiej zaś same filmowe kanały dziecięce nierzadko przyprawiają dorosłych o palpitacje serca. Wystarczy odpalić Cartoon Network, by zdać sobie sprawę z poziomu obrzydliwości, braku logiki czy konsekwencji w treściach tam przedstawianych. W treściach, powtórzmy to, przeznaczonych dla dzieci.

Naiwnie można sądzić, że książka jako kultura wyższa, jest pozbawiona takich toksycznych kwiatków. Bo nie jest. Warto w końcu przyjąć do wiadomości, że książka i czytanie to rozrywki, które nie różnią się tak bardzo od innych dostępnych w sieci czy telewizji. A co za tym idzie, one również prezentują różne treści i różną jakość czy bylejakość. Czas zerwać z mitem mądrej książki i wyjrzeć ze skorupy obrosłej stereotypem.

Rynek książki dziecięcej nie jest bezpieczny, a za śliczną, kolorową okładką mogą kryć się prawdziwe potwory. Jako ojciec wychodzę z założenia, że książka dla dziecka ma być nie tylko fajna i ciekawa, ale musi też czegoś uczyć. A czego uczy popularne opowiadanie o kocie w butach (celowo nie mówię tu o baśni, ponieważ aktualnie dostępne teksty niewiele mają wspólnego z ich tradycyjnymi odpowiednikami, które notabene nie były skierowane do młodego odbiorcy)? Tę historię zna każdy z nas, ale co tak naprawdę ona sobą przekazuje? Chłopiec ma zaufać kotu, który jest cwaniakiem i za pomocą oszustw zdobywa dla swojego pana majątek, pozycję i rękę królewny/księżniczki. Wszystko kończy się dobrze. Kłamstwo nie wychodzi na jaw, a zły olbrzym ginie tylko dlatego, by nasz bohater mógł przejąć jego bogactwa i uchodzić za kogoś, kim nie jest.

Przykład Kota w butach uczy ostrożności. W kwestii dzieci nie można być zbyt ufnym, bo złe wzorce łatwo wchodzą w krew. Dlatego nigdy nie polecę np. Matta Hidalfa, który miał być francuską odpowiedzią na Harry’ego Pottera, a okazał się prymitywną podróbką z pozbawionym moralności głównym bohaterem, który buduje swoją pozycję na kłamstwie i bezczelności. Bohater może czynić źle i popełniać błędy, ale nie może być tak, że zła droga prowadzi do szczęśliwego finału, a łobuz nie ponosi żadnych konsekwencji swoich działań…

Nie, nie jestem zwolennikiem moralizatorstwa. Uważam wręcz, że w książkach dziecięcych musi być coś więcej niż podział na czerń i biel. Szarość jest wskazana, bo i realne życie takie jest. Ale ta szarość musi być wprowadzana w życie dziecka stopniowo. Dopiero wtedy, gdy nauczymy je rozróżniać biel od czerni. Najpierw solidne podstawy, wyraźne granice. Z czasem niech granica staje się płynna. Nigdy na odwrót.

Nasz materiał o „Alfie’s home”

Dla mnie doskonałym przypadkiem skrajnie złej i toksycznej książki jest, na szczęście nie wydany w Polsce, Alfie’s home. Książka dotyka trudnego tematu, jakim jest pedofilia. Tyle że autor nie wykorzystuje potencjału tego zagadnienia, by nauczyć dziecko o złym dotyku. Twierdzi jedynie, że brak uwagi ze strony ojca przyczynił się do tego, że główny bohater zaczął uważać się za geja. Na szczęście szybka terapia i polepszenie relacji z ojcem sprawiają, że chłopiec szybko zostaje uleczony z tej choroby. A jaki los spotyka pedofila, zapytacie. Polecam zapoznać się z udostępnionym obok filmem.

Na szczęście nie wszystkie książki są jak Alfie’s home, ale osobiście wolę podchodzić do każdej nieznanej pozycji z nastawieniem, że to może być drugie Alfie’s home. Czyli, w uproszczeniu: książka zła i niesamowicie toksyczna.

Zło dziecięcej książki można definiować na różne sposoby, bo i jego oblicza są różne. To może być książka przedstawiająca złe wzorce, ale może to też być książka, która nie budzi wątpliwości pod względem treści, za to jest po prostu kiepska. Niestety, często jest tak, że autorzy książek dla dzieci zapominają, że dziecko też jest człowiekiem i potrafi myśleć. W konsekwencji przygotowują treści absurdalne, idiotyczne i prymitywne. Dla mnie kwintesencją absurdu była Złota kolekcja bajek Disneya. Niby wszyscy znamy kultowe animacje Disneya i możemy stwierdzić, że są one bezpieczne i, w gruncie rzeczy, piękne. I myślałby kto, że książka na licencji zachowa ducha oryginału i można ją brać w ciemno. Nic bardziej mylnego. Licencja często sprawia jedynie, że otrzymujemy treści skrajnie niedbałe, spłycone, a całość przedsięwzięcia można określić jedynie mianem perfidnego skoku na kasę. Tak właśnie było ze Złotą kolekcją bajek Disneya, do których teksty napisała Monika Strzałkowska. Zaledwie kilka (na kilkadziesiąt!) książeczek z tego cyklu nadawało się do czytania. Pomijam już fakt, że niektóre teksty pisane były prozą, a inne wierszem (w dodatku bardzo słabym wierszem) – tym, co było największą skazą tej żałosnej serii było wrażenie, że autorka niektórych z opowiadanych historii w ogóle nie znała, co przekładało się na jakość opowiadań. Grunt, że na okładce widniało logo Disneya. To gwarancja sprzedaży niezależnie od tego, co znajdziemy w środku.

Jak więc wybierać, kiedy groza czai się wszędzie, a szkodliwość poganiana jest przez bylejakość? Czy rodzice muszą być skazani na wcześniejszą lekturę wszystkiego, co zamierzają przeczytać bądź podarować swoim dzieciom? Niekoniecznie. Bo nadal funkcjonują wydawnictwa, na których można w pełni polegać, jak np. Wydawnictwo Literackie czy Wilga. Przeczytałem sporo książek z ich oferty dla młodszych. To często nie tylko świetne jakościowo publikacje, ale i inteligentne opowieści z morałem, które są w stanie skraść serce dorosłego. Dobrym wyznacznikiem jakości jest też Polska Sekcja IBBY – książki polecane przez tę organizację są bezpieczne i godne zaufania. Można też posiłkować się recenzjami zamieszczanymi w sieci, jak np. tymi, które zamieszczamy na Strefie Czytacza. Jesteśmy bardzo wymagającymi czytelnikami, a najwięcej wymagamy właśnie od książek dla dzieci i młodszej młodzieży.

Bycie odpowiedzialnym rodzicem wymaga weryfikacji treści, które przekazujemy naszym dzieciom. Ale nie musi to oznaczać, że musimy wszystko sprawdzać na własnej skórze. Dysponujemy narzędziami, które pozwalają w miarę szybko przekonać się, czy coś jest godne tego, byśmy przedstawili to naszemu dziecku. Wystarczy zainteresować się tematem, poszukać w sieci, poświęcić kilka minut. Czasami tyle wystarczy! Najważniejsza jest świadomość, a ta niestety często przegrywa w starciu z koszem z przecenionymi książkami.

PRZYKŁADY ŚWIETNYCH (I BEZPIECZNYCH!) KSIĄŻEK DLA DZIECI I MŁODSZEJ MŁODZIEŻY